Przychodzimy, odchodzimy, a pan tu zostajeNie zazdroszczę tej trudnej funkcjiPo pierwsze nuda, po drugie wysiłekMógłby pan to lepiej urządzićNagrać się na video i puszczać w kółko Przecież wszyscy ludzie są tacy samiKażdy potrzebuje miłości według stałego wzoru:Na początek lewy sierpowyNa koniec prawy prosty
Na początku przychodzi miłośćA potem życieI to jest już koniecDlatego nic się nie uda bez pamięciO pra pra pra pra początku
Nie śniło mi sięAle mogło mi się przyśnićŻe moje własne dziecko mnie zjadaNie śniło mi sięAle mogło mi się przyśnićBo takie przypadki zdarzają się częstoSam wielokrotnie widziałem osoby w średnim wiekuZjedzone przez własne dzieciPorzucone na skwerach, na ławkach i po śmietnikachAle też trzeba powiedzieć szczerze:Widziałem dzieci zjedzone przez rodzicówW poprawczakach, domach adopcyjnych, więzieniachZwłoki czekające na pogrzeb albo zmartwychwstanieZwłoki kochanków, mężów i żon, i dziadków, i wnukówZbyt bezwolne żeby się ocknąćI złapać za Rękę
Nieoczekiwanie na prezydium stanął problemWypłynął nagle na fali pięciu przemianSpod przytłaczającej masy sukcesówNie dał się rozwiązać w ograniczonym czasieAni przeciąć w zgromadzeniu pokojowymCo było robić?Poprosiliśmy sprzątaczkęŻeby zamiotła go szybko pod stół
Jadąc nasłuchujęNa kolejnych rejestrachKolejnych wizji drogiOpowiadanych lub wyśpiewywanych:W rytmach szybszych albo wolniejszychW najróżniejszych stylistykach muzyki i konwersacjiAż w końcu ustawiam się Na tę jedną jedyną częstotliwośćKtóra towarzyszyć mi będzie do celuNa trasie A-2Chociaż jej budowę opuścili nawet Chińczycy
Mężczyzna spod dziesiątki kaszleChociaż wczoraj żona krzyczała:Nie chodź nago po deszczuBo ci się wszystko pokręciNo i maszStoi teraz pokręconyWiruje pośrodku balkonuNie wie w co ręce włożyćPatrzę na niego z góryMnie się to nie przydarzyChodzę po deszczu nagoI nic
Podchodzisz do mnie z nieufnością. Taksujesz. Prześwietlasz.A licznik cyka: lecą złotówki i jednostki Geigera.W miarę jak oddalamy się od miasta, czuję że jestem wart coraz mniej.Tracę przytomność i w ostatniej chwili naciskam hamulec.Stop. To nieprawda.Taryfa wciąż biła na moją korzyść; w promieniach słońca, a nie rentgena.Ruszam ostrożnie.Wiem, że zapłacisz mi podwójnie:Raz, że zgodziłem się jechać wyboistą drogą.Dwa, że cię dowiozłem do celu.
22 kwietnia przyjechał na Kazimierz pewien obywatel IzraelaPrzywiózł trochę pierścionków z brylantami, koszul i spodni HilfigeraWszystko jak zwykle nielegalnieNa co dzień robi interesy z miejscową synagogąSprzedając z czterokrotnym zyskiem koszerne jedzenie Dla pielgrzymek z Ziemi Świętej26 kwietnia przyszedł uśmiechniętySkrytykował moje ubranie, potem mój samochódZasugerował nieodzowne zmianyZaproponował interes z obopólnym zyskiemPo czym spytał niewinnie, prawie że naiwnie:Czy to prawda, że Jezus urodził się w Wadowicach?Tak. Odpowiedziałem. I Polacy spalili go w AuschwitzDokładnie tak samo jak i całą resztę
Ta pani z wózkiemTen pan z parasolemTa dziewczyna na starym rowerzeOni wszyscy chcą dobrzeBardzo się starająI liczą na szczęśliwy splot okolicznościAle ponieważ każde z nich wie lepiejTo mimo najszczęśliwszego splotuNajlepszych chęciI ogromnego wysiłkuJedyne co uda im się osiągnąćTo krótka i zwięzła odpowiedźNiestety tym razem się nie udałoCo można tutaj dodać?Podobno innego razu nie będzie
Opowiedziałem wam już i tak zbyt wiele historiiCzęść z nich przeżyłemCzęść z nich wymyśliłemCzęść z nich napisała się samaW tym sensie że wolą moją było pisaćA niewolą było wszystko inneMyśląc o dalszych perspektywach widzę ciemnośćA jednak z tej ciemności za każdym razem wynika jakaś jasnośćI dokładnie tak samo jest z życiemNaszą wolą jest żyćA niewolą jest wszystko inneMyśląc o dalszych perspektywach widzimy ciemnośćA jednak z tej ciemności za każdym razem wynika jakaś jasnośćWarto uwierzyć w mądrość z której coś wynikaZrealizowanych zostało już i tak zbyt wiele głupich historii